blog

Na targu w Milfontes

0707.2016
Na targu w Milfontes
title wydrukuj

W zeszłym roku zupełnie przypadkowo napatoczyliśmy się na wspaniały targ regionalnych produktów w Villa Nova de Milfontes. To niewielkie i pełne uroku, portugalskie miasteczko wciśnięte jest między ujście wijącej się rześko rzeki Mira a wydmy, przechodzące w strome, rzeźbione falami Atlantyku klify. Wody Miry mieszają się z wysokimi, oceanicznymi falami, bryza miesza zapach słonej wody z kręcącymi w nosie aromatami dzikich traw, rukwieli, hokenii i solanek oraz mnóstwa innych ziół i bujnie kwitnących chwastów, porastających nadmorskie okolice. Tam to właśnie władze prowincji organizują co roku targ lokalnych wiktuałów. Pamiętając ciągle smak lokalnego owczego sera na stoisku Raul Maria Diasa, intensywnie kwiatowy aromat i lekko miodowy posmak białego Edicao Especial z winnicy Jacinty Sobral oraz słodkość konfitury z cukierni A Parreirinha, nie mogliśmy nie odwiedzić Milfontes i w tym roku. Niestety, spóźniliśmy się – targ się właśnie zwijał. Rozgoryczeni snuliśmy się trochę bez celu po miasteczku, kiedy zobaczyliśmy mały znak z napisem „mercat”. Już wiedzieliśmy, że jesteśmy na właściwym tropie.

 


Jesteśmy wielkimi miłośnikami targowisk i tam właśnie najbardziej lubimy robić zakupy. Tam również, pośród straganów świeżych warzyw i owoców, stoisk z rybami z porannego połowu, lad z wyłożonymi lokalnymi serami, rodzą się zawsze nasze najlepsze przepisy. Nic więc dziwnego, że ochoczo przyspieszyliśmy kroku, by po kilku minutach znaleźć się na „Mercat de Figuera”, czyli miejscowym targowisku, gdzie stateczne portugalskie gospodynie domowe oraz ich strzelające na prawo i lewo ciemnymi oczami córki robiły zakupy na sobotni obiad. A było z czego wybierać. Tamtejsze zimne wody Atlantyku obfitują w najrozmaitsze ryby, dzięki odpływom można nazbierać codziennie całkiem sporo najrozmaitszych skorupiaków, zaś pod mocno prażącym słońcem dojrzewają pyszne owoce i warzywa.

 


Oglądając bogatą ofertę na stoiskach i rozmyślając coraz bardziej konkretnie o tym, co wyczarujemy sobie na kolację, zauważyliśmy kolejkę do miejscowego warzywniaka. Mamy już taki zwyczaj, że na kolejki jesteśmy uwrażliwieni. I to nie dlatego, że kiedyś, w zmierzłej przeszłości obcowaliśmy z nimi dosyć często. Po prostu, kiedy szukamy lokalnej, dobrej restauracji, czy robimy zakupy w nieznanym mieście, kolejka bardzo często jest sygnałem, że w miejscu, do którego się wije można znaleźć coś wyjątkowego. Tak właśnie odkryliśmy swego czasu naszą ulubioną restaurację na Plaça Reial w Barcelonie, w ten sposób odkryliśmy mały sklep w Południowym Tyrolu, w którym czas na chwilę zatrzymał się, gdy spróbowaliśmy kawałka Kloaznkas Mignon, lokalnego sera posypanego kawałkami gruszki marynowanej w winnym syropie. I tym razem nasza intuicja nas nie zawiodła. I to wcale nie dlatego, że na stoisku były jakieś egzotyczne warzywa – podobne można było kupić na paru innych w zasięgu wzroku. Również ceny melonów, brzoskwiń, batatów, mango i innych pyszności były tam porównywalne z innymi. Różnice jednak robił Adalberto.


Ubrany w starą koszulę w paski, z siwizną niesfornie wymykających się z objęć poszarzałej czapki, uśmiechając się spod sumiastych wąsów, Adalberto czarował swoich klientów. Z tym zażartował, z tamtym wymienił kilka uwag o urodzie wybranego kalafiora. Stateczne marony wabił komplementami, pełne rozkwitających nadziei młódki odrobinę protekcjonalnie instruował, które owoce warto dzisiaj kupić. Każde warzywo czy owoc, które brał do ręki, choćby nawet był to pospolity ziemniak czy jabłko, z zaskakująca czułością pieścił swoimi grubymi, zniszczonymi ciężką pracą na roli dłońmi, czyszcząc je i delikatnie pakując w torebki. Te pogaduszki z klientami i rytualny prawie sposób pakowania zakupów sprawiał właśnie, że do stoiska Adalberto ustawiała się kolejka większa niż do innych. Kupujący nie odchodzili jednak, aby załatwić swoje sprawunki do konkurencji, ale cierpliwie czekali na swoją kolej, jakby dali się zahipnotyzować rytuałowi odprawianemu przez jakiegoś wioskowego szamana.

 

 


Urokowi Adalberto ulegliśmy i my. Od tej pory nasze codzienne zakupy zaczynaliśmy od jego stoiska. I choć porozumiewaliśmy się głównie na migi, pod koniec pobytu w Milfontes, Adelberto rozpoznawał nas już jak swoich dobrych znajomych i wybierał najlepsze smakołyki.