blog

Tapas

1001.2016
Tapas
title wydrukuj

W tradycyjnej kuchni każdego prawie kraju można czasem znaleźć muśnięcie kulinarnego geniuszu. Są to najczęściej dania proste, nie wymagające długotrwałych przygotowań, sporządzane z lokalnych, sezonowych składników, dzięki czemu kuszą swym niepowtarzanym i świeżym smakiem. W Hiszpanii takim daniem, czy raczej kulinarnym konceptem, są tapas. 

Dobrze pamiętamy naszą pierwszą wyprawę na Półwysep Iberyjski, kiedy stanęliśmy trochę zdziwieni w jednym z licznych tabas barów, przed którym kłębił się tłum głośno rozmawiających i jeszcze głośniej gestykulujących lokalsów, wokół których piętrzyły się talerzyki pełne najrozmaitszych małych, smakowicie kolorowych kąsków. Od tej chwili pokochaliśmy tapas miłością wielką i gorącą jak słońce Sewilli, bo pomysł zamówienia kilku lub (przy większej grupie osób) kilkunastu talerzyków z małymi, często pikantnymi przegryzkami wydał nam się w swej prostocie genialny. W końcu uwolnił nas on od udręki wyboru jednego konkretnego dania, na które człowiek jest już skazany dręczącą nieodwołalnością swej decyzji i  znad którego nostalgicznie poziera na talerze współbiesiadników, nękany pytaniem, jak to mogą smakować specjały zamówione przez nich. W przypadku tapas problem ten rozwiązuje się sam: serwowane talerzyki czy miseczki zawierają zaledwie kilka kęsów zimnych lub gorących hiszpańskich smakołyków, można sięgną w każdej chwili po każdy z nich i to w dowolnej kolejności, zaś do niektórych podawane są jeszcze sosy w różnych smakach, w których zupełnie bezwstydnie można maczać nadziane na widelec kąski. Do tego jeszcze burząca w żyłach krew gitarowa hiszpańska muzyka lub z nerwem wystukiwane obcasami takty flamenco i można wyobrazić sobie, że człowiek znalazł się kulinarnym raju.

Samodzielne przygotowanie tapas w domu nie jest jednak takie proste. Niektóre składniki można kupić w sporym wyborze w Polsce (np. całkiem niezłe hiszpańskie kozie sery), inne – niestety – nie smakują tak samo, jak pod rozgrzanym niebem Madrytu czy Bilbao. Swego czasu udało nam się zrobić całkiem niezłe papryczki po baskijsku, które łączą w sobie ostrość i słodycz tego regionu, ale w przypadku innych półproduktów sprawa jest bardziej skomplikowana. A już zupełnie beznadziejna jest w przypadku małych, niezwykle esencjonalnych ziemniaczków kararyjskich, którymi z lubością objadamy się, kiedy tylko los (lub tanie linie) rzuci nas w tamte rejony. Czy jest to zasługą kararyjskiej, wulkanicznej gleby, czy może piekącego praktycznie cały rok tamtejszego słońca – trudno powiedzieć. Fakt jednak pozostaje faktem, że nigdzie indziej nie udało nam się kosztować tak niesamowicie ziemniaczanych ziemniaków, które stanowią samą esencję ziemniakowatości. Raz nawet udało nam się kupić na bazarze takie importowane „hiszpańskie”, małe ziemniaki, ale ich smak jednak do tych kanaryjskich się nie umywał. Może w transporcie straciły swą esencjonalność, może inaczej smakują pod polskim niebem,  a może po prostu brakowało nam palmowych liści, które odbijają się z takim w wdziękiem w kieliszkach z białym lokalnym winem, którym tak dobrze popijać tapas?